poniedziałek, 4 czerwca 2018
Rozdział 3
| Aria |
- Mówię serio – wydukałam. Stanowczość w moim głosie ani trochę nie stłamsiła humoru nastolatka.
- Tak, a ja jestem wróżką – powiedział Zack z opanowanym wyrazem twarzy. Wiedziałam jednak, że w środku umierał ze śmiechu. Jak to on.
Zagryzłam dolną wargę. Rozejrzałam się dookoła siebie i doszło do mnie, że w wielkiej sali panował niemały harmider. Bezład ogarnął stoły poszczególnych domów. Nie zdziwiłam się, ponieważ na kolacji każdy z uczniów, wraz z wychowawcami, miał obowiązek stawić się w jednym pomieszczeniu. Momentalnie posłałam spojrzenie w stronę ławy nauczycielskiej. Nie było Dumbledore'a.
- Aria. – Dopiero po chwili dobiegł mnie chłopięcy głos.
- Co?
- Pytałem czy coś zjesz.
Spojrzałam na swój napełniony po brzegi talerz. Choć jedzenie prezentowało się wybornie, jak i pachniało, to nie mogłam zmusić się do jedzenia.
- Nie, nie jestem głodna – odpowiedziałam, wcale nie przejmując się tym, że po moich słowach, mój posiłek znalazł się na talerzu szatyna. Wcale.
- No co? – spojrzał na mnie krzywo, kiedy ja mordowałam go spojrzeniem. – Nie chciałaś jeść, no to...
- Nie o to chodzi. – Zagryzłam kciuk. Zastanawiałam się nad tym jak udowodnić mu to, co dzisiaj do mnie dotarło. – Po prostu nie wiem co zrobić.
- Olej typa. – Dzięki panie „Zack-dobra-rada".
- Jeśli jest tak, jak myślę, że jest... - Zrobiłam przerwę, żeby przeanalizować całe zdanie w swojej głowie. – To nasz prefekt łamie szkolny regulamin. Jeśli dyrekcja się dowie, mogą go nawet wyrzucić.
- Przez co? Przez to, że dwaj Krukoni, w namowie, rzucili urok na obślinione dziw- dziewki... - Parsknęłam śmiechem, gdy Zack zrobił głupią minę przez swoje przejęzyczenie. – Myślisz, że zaraz ich wywalą? Że trafią do Azkabanu? To jest Hogwart. Tu wszyscy srają magią.
Choć temat naszej rozmowy był dla mnie ważny, to nie mogłam powstrzymać się przed wygłupami z chłopakiem.
- Chyba masz rację – wywnioskowałam, zmieniając swoją sztywną postawę i ton na łagodniejszy. – Powinnam przestać być taką... - Nie dokończyłam, bo szatyn przerwał mi w połowie zdania.
- Lamuską – powiedział z buzią zapchaną jedzeniem. - Tak, kochanie. Powinnaś.
Nie przejmując się innymi, pokazałam mu przed twarzą soczystego, perfidnego faketa. Na co on posłał mi buziaka, a ja żeby z nim nie przegrać, zainscenizowałam odruchy wymiotne.
- I tak mnie kochasz – mruknął i wrócił do oczyszczania powierzchni ceramicznego naczynia.
- Ta. – Spojrzałam na zegarek i uświadomiłam sobie, że miałam umówione spotkanie, na które grubo się spóźniałam. – O kurw... - Ugryzłam się w język, nim dokończyłam swoje wyrażenie. – Kurka wodna.
- Oboje dobrze wiemy, że to nie to miałaś na myśli, kochanie. – Cień chytrego i podejrzliwego uśmiechu przemknął mu przez twarz. – Co robić? Demoralizuję najgrzeczniejszą i najsztywniejszą dewotkę w całym Hogwarcie. Jestem okropny – powiedział z udawanym rozgoryczeniem, do samego siebie.
- Jesteś okropny – powtórzyłam, choć mój ton również nie należał do poważniejszych.
Wstałam od stołu i migiem zebrałam swoje rzeczy.
- A ty gdzie?
- Obiecałam Penny korki.
- Kto to Penny?
- Dziewczyna z Hufflepuff'u. Młodszy rocznik. Nie znasz – dopowiedziałam i już nie czekając na odpowiedź nastolatka, pędem skierowałam się w stronę wyjścia.
~ * ~
W czasie drogi dotarło do mnie, że miejscem spotkania jest biblioteka. Biblioteka, w której jeszcze kilka godzin temu zderzyłam się z największym blefiarzem w całym Hogwarcie. Poczułam ucisk w klatce piersiowej na samą myśl o spotkaniu z brunetem. Gdybym go zobaczyła prawdopodobnie nie trzymałabym języka za zębami. Nienawidzę kłamstw i tych, którzy je rozprzestrzeniają.
Przycisnęłam podręczniki do siebie w uścisku. Długa, zamszowa spódnica plątała mi się pod stopami, utrudniając w wykonaniu zwinniejszych ruchów nogami. Puchate kapcie spowalniały mnie jeszcze bardziej, pomijając obowiązujący zakaz biegania po szkole.
Po kilku minutach znalazłam się na miejscu. Od razu odnalazłam wzrokiem dość wysoką na swój wiek blondynkę, która ochoczo machała ręką na powitanie. Podeszłam do niej z promiennym uśmiechem, wyzbywając się wszystkich obaw związanych z obecnością prefekta w miejscu naszego spotkania.
- Dobry wieczór, Ario – powiedziała i zgarnęła swoje rzeczy, aby zrobić mi więcej miejsca na stoliku.
- Hej, wybacz za spóźnienie. Zasiadłam się na kolacji. – Powiedziawszy to, jak na zawołanie, echem rozszedł się dźwięk burczenia. Odgłos kurczącego się żołądka, dochodzący z mojego brzucha. Brzucha, który jeszcze parę chwil temu, w żaden sposób nie prosił się o jakiekolwiek pożywienie.
Tak.
Kocham życie.
Zmartwiona Penny wlepiła spojrzenie w konkretne miejsce na moim sweterku, po czym dodała:
- Chyba się nie najadłaś.
- Chyba tak – zaśmiałam się głupio pod nosem, mrużąc oczy i drapiąc się po głowie. Jak to robią „niewinni" ludzie.
Wracając do celu spotkania, otworzyłam przytachane przez siebie podręczniki i otworzyłam na konkretnych rozdziałach. Obie skupiłyśmy się na nauce, dopóki bibliotekarka nie podeszła, wybijając nas z całego transu.
Ślepo spojrzałam się na jej skrzywioną minę i nie wiedząc o co chodzi, zapytałam:
- O co chodzi, panno Pince?
- Zaraz cisza nocna. – Postukała w plastikową otoczkę swojego kieszonkowego zegarka, uświadamiając nam, że powinnyśmy sobie pójść.
Ja i Penny bez słowa zgarnęłyśmy wszystkie księgi, po czym wyszłyśmy z pomieszczenia. A jako, że nasze dormitoria znajdowały się w innych miejscach, to pożegnałyśmy się i poszłyśmy w swoje strony.
Mijając co poniektóre sale lekcyjne, szłam w kierunku wspólnego pokoju Ravenclaw'u. Uświadomiłam sobie również, że w czasie naszej schadzki, zdążyłam zapomnieć o Xavery'm. Nie przejmowałam się niczym innym, a studiowaniem gatunków roślin wraz z blondwłosą Puchonką. Ucieszyłam się z ulatniających myśli. Wszelkie obawy opuszczały mnie na tę chwilę, pozwalając cieszyć się z panującej na szkolnych korytarzach atmosfery.
Cisza zagłuszała każde żyjące stworzenie, towarzysząc mrokowi, jaki niosła za sobą noc. Księżyc ckliwie oświetlał budynek, przedostawał się przez monstrualne okna i wpełzał do najdalszych zakątków zamku.
Krążąc myślami wokół zbliżającego się, jutrzejszego poranka i spacerując spokojnie, nie spostrzegłam zza rogu osoby, która wpadła na mnie i przewróciła nas obie w oddzielnych kierunkach. Po raz kolejny tego samego dnia, obiłam sobie plecy. Z bólu zagryzłam wewnętrzną część policzka. A gdy podniosłam wzrok, zobaczyłam ciemne niczym kamień hematytu źrenice. Tęczówki podobne do moich.
- Uważaj jak chodzisz – warknęła, poznając po kolorze krawatu, Ślizgonka, która jak gdyby nigdy nic się nie stało, wstała, ominęła mnie i poszła dalej.
- Poczekaj! – Odwróciłam się w jej stronę. Chciałam do niej podbiec, ale zdążyła się ulotnić.
I nagle zapulsowała mi głowa, a przed oczami zobaczyłam nicość.
~ * ~
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz