sobota, 9 czerwca 2018

Rozdział 5

| Aria |


Obudził mnie przeszywający ból głowy.

Otwierając powieki, spostrzegłam siedzącego obok chłopaka. Jego ciemne, brązowe pasma włosów rozświetlały smugi światła, przedostające się do środka między stare, zakurzone okiennice. Na twarzy malował się niepokój zmieszany z troską i smutkiem. Zbliżył się do mnie, gdy zauważył, że oprzytomniałam.

- Aria? - Wyciągnął do mnie rękę, aby pomóc mi usiąść. - Co się stało?

- Sama chciałabym to wiedzieć - mruknęłam ledwie słyszalnym, zachrypniętym głosem.

Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Łóżka szpitalne stały obok siebie, w dwóch naprzeciwległych rzędach. Rozdzielały je nadające osobliwego klimatu i prywatności parawany. Zorientowałam się, że przebywałam tymczasowo w hogwardzkim skrzydle szpitalnym. Spostrzegłam również pielęgniarki latające w tą i z powrotem ku chorym pacjentom. Nagle jedna z nich zauważyła, że się ocknęłam, dlatego też podeszła w moją stronę i zapytała:

- Jak się czujesz?

Kiwnęłam głową i rzuciłam zwykłe „dobrze", aby nie zatruwała mi życia, zadając więcej niepotrzebnych pytań. Migiem odeszła do innego poszkodowanego ucznia.

Szczerze mówiąc czułam się zgoła zwyczajnie. Nie miałam żadnych symptomów wskazujących na jakąkolwiek dolegliwość, przeziębienie czy chorobę. Nie miałam także pojęcia, dlaczego wczoraj ni z gruchy, ni z pietruchy, odleciałam sobie w połowie drogi do dormitorium. Szczęść Boże, że nie znalazł mnie inny nauczyciel. Severus Snape biegnący mi na ratunek? Na samą myśl przeszły mnie ciarki.

Wiedząc, że nic mi nie było, próbowałam wstać. Na sobie miałam jeszcze wczorajsze ubranie, co potwierdzało moje przepuszczenia w tym, że przeleżałam tu całą noc. Nie byłam tylko pewna jednego.

- Kto mnie tu przyniósł? - zapytałam Zack'a, próbując utrzymać się na prostych nogach. Chociaż nie czułam się chora, to nadal miałam lekkie zawroty głowy. Prawdopodobnie przez odwodnienie.

Spojrzałam na przyjaciela, który w skupieniu próbował przeanalizować moje pytanie. Nie był pewien czy odpowiedzieć, czy zataić przede mną prawdę. Mimo wszystko postanowił być ze mną szczerym.

- Xavery - powiedział.

Założyłabym się, że mój grymas w tamtym momencie mógłby powalić każdego na kolana. Walić bycie czarodziejem, zostanę komikiem. Śmieszyłabym samą swoją obecnością.

Gdy zorientowałam się, że przez cały czas wgapiałam się w chłopaka z rozdziawionymi ustami, próbowałam się otrząsnąć. Co nie było łatwe, ponieważ przed oczami widziałam niosącego mnie na rękach bruneta - co jeszcze bardziej mnie skrzywiło. Na szczęście szybko udało mi się pozbierać myśli i ustalić co dalej. Niestety, ale czekała mnie kolejna konfrontacja z krukońskim prefektem.

Skierowałam się w stronę wyjścia. Chociaż spotkanie z Xavery'm było w tej chwili najmniej pożądaną przeze mnie czynnością, musiałam stawić czoła jego osobie. Nie przejmując się opryskliwymi komentarzami rzucanymi przez Zack'a w tle, przeszłam przez futrynę otwartych na oścież drzwi, aby udać się do pokoju wspólnego Krukonów.

Docierając na miejsce, od razu spostrzegłam prefekta, siedzącego na umieszczonej pod ścianą sofie. Przebywał wśród swoich znajomych, prawdopodobnie będącymi w tym samym wieku co on. Poczułam się niepewnie zważając na fakt, iż byłam spośród nich najmłodsza. Z zawahaniem podeszłam bliżej. Tak, aby chłopak mógł zwrócić na mnie swoją uwagę.

Po krótkiej chwili przeniósł na mnie wzrok. Uśmiechnął się, mierząc mnie od góry do dołu, po czym wstał, zostawiając za sobą grupkę rówieśników. Za jego plecami rozeszło się gwizdanie i niekontrolowane wybuchy śmiechów. Próbując nie przejmować się zaistniałą sytuacją, zaciągnęłam go na drugi koniec pomieszczenia.

- Wiem, że to ty - mruknęłam, gdy znaleźliśmy się w jednym z odosobnionych kątów pokoju.

Brunet nie chybił się do odpowiedzi. Stał przede mną w skupieniu, próbując odczytać wszystkie kłębiące się myśli i emocje w moich oczach. Pozornie udawałam opanowaną i niewzruszoną, zaś w środku gotowałam się ze złości. Nie wiedzieć czemu, nie potrafiłam wytrzymać w jego obecności.

- To ty zaniosłeś mnie do szpitala - dokończyłam.

- I co w związku z tym? - zapytał po dłuższej chwili.

Spojrzałam się na niego głupio. Nagle zabrakło mi wszystkich słów. Jakby wszystkie wyleciały mi z głowy bezpowrotnie, a na miejscu pozostawiły bezkresną pustkę.

- Ja... - mruknęłam. Nagle dotarło do mnie, że przyszłam do niego bez najmniejszego powodu. Nie miałam ku jego osobie jakichkolwiek argumentów czy zastrzeżeń, a jedynie własne, bezpodstawne oskarżenia. - Nieważne.

Odruchowo odwróciłam wzrok w inną stronę. Ponownie napotkałam grupkę jego przyjaciół, którzy obserwowali nas z oddali. W tamtej chwili miałam ochotę wyjść. Obrócić się na pięcie i z uniesionym podbródkiem wymaszerować wprost na korytarz.

Zrezygnowałam w ostatnim ułamku sekundy. Postanowiłam, że jakoś wybrnę z tej całej komicznej sytuacji.

Może jednak pójdę do kabaretu?

- Chodzi o to, że nie musiałeś tego robić - dodałam niechętnie. Nie miałam bladego pojęcia po co w ogóle ruszyłam ten temat, ale skoro naważyłam sobie piwa, to teraz musiałam je wypić.

W przenośni oczywiście.

- Leżałaś nieprzytomna na środku korytarza. W nocy. Miałem sobie po prostu tak pójść?

- Mogłeś wezwać nauczyciela.

Gdybyśmy nie mieli za sobą sporej widowni, w tej chwili strzeliłabym sobie prosto w twarz.

- Masz rację, niepotrzebnie zaniosłem cię do Pani Pomfrey i naraziłem nasz dom na kolejną stratę punktów. Wybacz mi, mości pani. Więcej tego nie zrobię. - Powiedziawszy to, ominął mnie i wrócił do swojej kompanii. A ja, przeklinając swoją głupotę w myślach, udałam się wprost na szkolny dziedziniec.

~ * ~

- Nie wiem po co to zrobiłam - powiedziałam, z zażenowania chowając twarz w obu dłoniach. Siedziałam podkulona obok Zack'a, który położył rękę na moim ramieniu, próbując dodać mi więcej otuchy.

- Ja też nie wiem.

- Dzięki za wsparcie, Sherlock'u.

Westchnęłam przeciągle.

Choć niedzielne popołudnie okazało się być równie ciepłe co w dniu wczorajszym, czułam się zmęczona i zdruzgotana. Wszyscy ciesząc się wspaniałą, jesienną pogodą, przebywali na świeżym powietrzu, opalając się bądź uprawiając sport, a ja mąciłam w głowie wokół jednej osoby. Najuprzejmiejszej osoby w całej szkole. Jakim trzeba być debilem, żeby wszystko zepsuć.

A tak, wystarczy być mną.

- Nie rozumiem cię, kotku - dodał chłopak. - W jednej chwili szalejesz na jego punkcie, a w drugiej obwiniasz go o byle co. Zgrywasz niedostępną czy jesteś po prostu typową, głupią blondynką?

- Nazwij mnie jeszcze raz blondynką, a w nocy wkradnę się do ciebie i spalę wszystkie twoje karty z graczami quidditch'a - zaszantażowałam. - Możesz mnie nazywać głupią, ale nie blondynką.

Oboje parsknęliśmy śmiechem. Trochę mi ulżyło, ale nadal w głębi duszy czułam się jak skończona idiotka.

- Poza tym... - kontynuowałam. - Nie lubię go. Naszego prefekta.

- Przestałaś go lubić po tym, jak oskarżyłaś go o nielegalne używanie zaklęć czy wtedy, kiedy zaniósł cię do szpitala? - zaśmiał się.

Prychnęłam.

- Nie wiem. Po prostu mam wrażenie, że jest w nim coś... dziwnego.

- Dziwniejszego od ciebie?

Uderzyłam go pięścią w ramię, na co tylko odpowiedział niemym „to bolało". Skrzywił się i już więcej nie dodawał opryskliwych komentarzy. Rozłożył się wygodnie na kocu, a ja przeniosłam wzrok na bezchmurne, niebieskie niebo.

Nagle dołączyły do nas dziewczyny z Gryffindoru, z którymi utrzymywaliśmy przyjazne stosunki. Pojawiła się również Penny, która podziękowała za pomoc w nauce. Nikt prócz mnie i Zack'a nie wiedział o moim omdleniu, więc pozostawiłam tę informację między nami.

W towarzystwie innych poczułam się o wiele lepiej. Chociaż przez chwilę nie przejmowałam się Xavery'm. Korzystałam z uroków wysokiej temperatury i bezwietrznej pogody.

- Hej. - Niespodziewanie dotarł do nas głos osoby postronnej. Puchon przystanął tuż nad nami, wlepiając w nas piorunujące spojrzenie. Starał się też uśmiechnąć, co niezbyt mu wyszło. - Jestem Chris, a tamta za mną ma do ciebie sprawę.

Spojrzałam na kruczowłosą, niską dziewczynę. Obserwowała nas z dość dużej odległości. Jej postawa była typowa dla Slytherin'u: miała założone na klatce piersiowej ręce, co dodawało jej powagi i charakteru.

Chwila...

- To ją wczoraj spotkałam - mruknęłam.

- Co? - zapytał Zack.

Bez udzielenia odpowiedzi wstałam i podeszłam do nastolatki. Stojąc do niej przodem, poczułam się dziwnie inaczej. Jakby chłód owinął moje ciało niczym kokon. Ucisk w żołądku jeszcze bardziej pozostawił mnie w przekonaniu, że działo się coś niewytłumaczalnego.

- Kim jesteś? - zapytałam pierwsza.

- Laską, która wcześniej na ciebie wpadła. Zapomniałaś już? - powiedziała oschle, jak to na Ślizgonkę przystało.

- Czego chcesz?

Miałam nieodparte wrażenie, że znałam ją już od dłuższego czasu. Jakby była mi bliska. Jakby była...

Chyba popadam w paranoję.

- Jak masz na imię? - Zmieniła temat, ignorując moje pytanie.

- Czemu miałabym ci powiedzieć? - Założyłam ręce na klatce piersiowej, próbując naśladować jej postawę. - Ślizgoni zazwyczaj nie spoufalają się z Krukonami.

Podeszła bliżej. Na jej twarzy przemknął pełen irytacji uśmieszek. Spojrzała na mnie, oczekując natychmiastowej odpowiedzi.

Widząc, że nie ulegałam jej groźnemu spojrzeniu, dodała:

- Bo grzecznie pytam? - Głos przepełniony ironią ani trochę nie zbił mnie z tropu.

- Radzę, żebyś zapoznała się z definicją słowa „grzecznie".

Kruczowłosa zazgrzytała zębami, po czym przeniosła wzrok na swojego stojącego obok towarzysza. - Idziemy - powiedziała do niego i odwróciła się na pięcie w stronę, z której przybyła.

Miałam zrobić to samo, ale gdy odchodziła, zapulsowała mi głowa. Z bólu upadłam na kolano i złapałam się za skronie.

- Czekaj! - krzyknęłam.

Tym razem się odwróciła.

A ja wiedziałam, że coś było nie tak.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz