niedziela, 3 czerwca 2018

Rozdział 2


| Alex |


Godziny popołudniowe w soboty uczniowie spędzali jak chcieli, chociaż zdecydowana większość siedziała w Wielkiej Sali lub na dziedzińcu. Była to jeszcze ciepła jesień więc większość decydowała się na pobyt na świeżym powietrzu by wykorzystać okazję.

Pewna grupka uczniów również się do tego zaliczała, rozłożyli bowiem koce w okolicach Kamiennego Kręgu i tam właśnie spędzali kolejne godziny. Słońce nie świeciło już zbyt mocno, niebo było przejrzyste, a wiatr postanowił im nie przeszkadzać.

Dołączyłam do swoich znajomych chwilę później. W dłoniach trzymałam dużą książkę, zwoje pergaminów i przyrządy do pisania. Nawet w taki piękny dzień trzeba było poświęcić trochę czasu na naukę lub zadania domowe, a niestety, miałam ich zbyt dużo by sobie odpuścić. Nauczyciele grozili mi już niejeden raz zakazem gry w Quiddicha, a w tym roku nie chciałam już ryzykować.

Gdy przysiadłam na kocu i rozłożyłam wszystkie swoje rzeczy, mój przyjaciel Christopher, spojrzał na mnie skonsternowany.

- Czy ty się dobrze czujesz? - spytał, nawet nie witając się. - Jest tak pięknie, zostaw to cholerstwo!

Nawet mu nie odpowiedziałam, tylko otworzyłam tom pełen informacji o roślinach. Zielarstwo było jednym z najbardziej znienawidzonych przedmiotów i gdy tylko zobaczyłam rysunki i opisy poszczególnych kwiatów miałam ochotę zamknąć książkę i spalić. Skutecznie.

Zamiast tego wzięłam do ręki pióro i rozpoczęłam swój referat, wyglądając przy tym jakbym naprawdę cierpiała. Po kilku minutach wyprostowałam się, zamknęłam księgę i odrzuciłam ją, razem ze wszystkimi przyborami.

- Ja się, kurwa, poddaję. Nie dam rady, nie chcę - położyłam głowę na brzuchu Chrisa, udając, że płacze. Poczułam jak głaszcze mnie po włosach i zamknęłam oczy. Lubiłam jego bliskość. Byliśmy przyjaciółmi od pierwszej klasy, pomimo bycia w różnych domach.

Apropos domów...

Na kocu tuż obok siedział mój dobry przyjaciel, Evander. Przesunęłam się w jego stronę, poprawiając włosy i robiąc uroczą minę.

- Evaaaan~ - powiedziałam, zmuszając go by na mnie spojrzał. Uśmiechnęłam się miło. To musi zadziałać, inaczej jestem skończona.

- Nie - usłyszałam szybką odpowiedź blondyna.

- Ale...

- Nie.

- Zapłacę ci - obiecałam. - Poważnie - dodałam, gdy Krukon spojrzał na mnie z niedowierzaniem.

Nastąpiła chwila ciszy, po czym chłopak lekko kiwnął głową, wzdychając głośno. Aż krzyknęłam ze szczęścia. Przytuliłam go mocno w podziękowaniu i z uśmiechem wróciłam do swojego przyjaciela, patrząc na niego zwycięsko.

Leżeliśmy tak obok siebie i patrzyliśmy na niebo o błękitnym odcieniu. Razem z Krukonami siedzącymi na kocu obok, rozmawialiśmy na różne tematy i miło spędzaliśmy czas.

Kilka razy ktoś nas obserwował. Byliśmy dość popularnymi osobami zwłaszcza że Chris i ja byliśmy w reprezentacjach swoich domów. Puchon grał na pozycji napastnika, a ja pałkarza, więc podczas meczów nasza przyjaźń przestawała istnieć, pojawiała się natomiast chęć wygranej za wszelką cenę. Kilka razy skończyło się pobytem Christophera w Skrzydle Szpitalnym i moimi przeprosinami. Nic nie poradzę na swoją chorobliwą ambicję, kilka razy zrzuciłam go z miotły, co skutkowało złamanymi kośćmi. Jednak za każdym razem mi wybaczał.

Odkąd przybyłam do Hogwartu kochałam latać. To był mój ulubiony przedmiot od pierwszej klasy. Kochałam uczucie latania, kochałam być w powietrzu i przemierzać świat niczym ptaki.

Od dziecka je obserwowałam. Z okna w moim pokoju widać było duże drzewo pełne różnych gatunków ptaków. Codziennie rano około godziny piątej śpiewały, jakby ze sobą rozmawiały.

Gdy świat był dla mnie nieprzyjemny po prostu siadałam na parapecie i wpatrywałam się w nie, marząc by być jednym z nich po reinkarnacji.

Hogwart, poniekąd, dał mi tę możliwość i od razu z niej skorzystałam. Byłam jedną z najlepszych, a na trzecim roku zdecydowałam, że spróbuję dostać się do drużyny Ślizgonów.

Nad naszymi głowami przeleciał klucz ptaków, a ja zdałam sobie sprawę, że wyłączyłam się kompletnie z rozmowy. Nie miałam pojęcia o czym właśnie mówili, zresztą nie pierwszy już raz. Moi znajomi najwyraźniej przyzwyczaili się do mojej umiejętności zignorowania całego świata. Obróciłam się w stronę Chrisa, patrząc pytająco na niego. Szybko powiedział mi o czym teraz rozmawiali i dołączyłam do nich, aż usłyszałam kroki i przywitanie.

Od razu poznałam ten głos. Głos osoby, której z całego serca nie cierpię.

Gryfon, Eddie Montgomery dołączył do drużyny.

Jedyne, czego teraz chciałam to konfrontacji z tym człowiekiem. Nie mam pojęcia dlaczego, ale po prostu mnie denerwował swoją postawą, usposobieniem, każdym słowem. Nie mogłam się powstrzymać od dyskutowania z nim, kłótni, ale on był po prostu ostoją spokoju. Zwyczajnie słuchał moich wyzwisk, czasami rzucając jakimś komentarzem, który działał mi na nerwy jeszcze bardziej.

Świat jednak postanowił się nade mną zlitować, gdyż podeszła do nas kapitanka drużyny Ślizgonów, mówiąc coś o nagłym spotkaniu i treningu. Przeprosiłam szybko wszystkich, zabrałam swoje rzeczy i odeszłam, nawet nie patrząc na Eddiego.

***

Stół Ślizgonów zawsze był miejscem, gdzie przekazywano sobie wszystkie plotki. Prefekt naszego domu, Nicholas, zawsze wiedział o wszystkich nowinkach i dzielił się nimi z bliskim gronem swoich znajomych. W tym ze mną.

Kolacje zazwyczaj spędzałam więc na słuchaniu i jedzeniu, co jakiś czas komentowaniu niektórych faktów lub pomówień. Co prawda nie interesowały mnie plotki o pierwszorocznych, ale zawsze warto posłuchać. Nigdy nie wiadomo co się w życiu przyda, czyż nie?

Po skończonej kolacji każdy udał się w swoją stronę. Nie utrzymywałam bliższych kontaktów z Nickiem, lubiłam z nim rozmawiać, ale raz na jakiś czas. Póki uznawał, że dobrym pomysłem jest mówienie mi o wszystkim co się dzieje, było dobrze. Czasami wysłuchałam jego problemów z dziewczyną i doradziłam mu co ma zrobić.

Ta, jakbym była ekspertem w tej dziedzinie.

Nick i jego dziewczyna rok temu przechodzili dość duży kryzys. Cały czas się kłócili, traktowali się okropnie, jakby nie mieli do siebie szacunku. Wiele razy Nick siadał ze mną w pokoju wspólnym i rozmawialiśmy kilka godzin o jego związku i problemach. Próbowałam za każdym razem mu doradzić i, nie chwaląc się, jestem jedną z osób odpowiedzialnych za fakt, że ta relacja wciąż istnieje. Nicholas jest mi dużo winny i dobrze o tym wie. Nie wiem czy kiedykolwiek to wykorzystam, ale sam fakt mi wystarczy.

Pałętałam się przez dobre kilkanaście minut po korytarzach bez celu. Mimo tego, że miałam mnóstwo znajomych i lubiłam być w centrum uwagi, samotność mi nie przeszkadzała. Równowaga, to jest to.

Po raz kolejny tego dnia wyłączyłam się, wędrując po różnych pomieszczeniach. Nie zwracając uwagi na to, dokąd zmierzam, skręciłam w lewo.

Poczułam tylko jak wpadam na kogoś i upadek na plecy. Podniosłam głowę i...

Napotkałam oczy takiego samego koloru co moje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz