niedziela, 3 czerwca 2018
Rozdział 1
| Aria |
- Aquamenti!
Z białej, wykonanej z drewna topoli i pióra pegaza różdżki, wydobył się strumień krystalicznej wody. Wzbijał się coraz to wyżej i wyżej, łapczywie pokonując ziemskie prawo grawitacji, aż dotarł do samego sufitu. Gdy struga nastawiła się do zmiany kierunku, echem rozległo się kolejne zaklęcie.
- Glacius!
Nagle ciecz przemieniła się w lód, który krucho rozpadł się na szereg mniejszych kawałków, w momencie uderzenia o powierzchnię panelowej posadzki. Dumna z siebie spojrzałam na uśmiechniętego profesora Flitwicka.
- Bardzo dobrze, Ario – zwrócił się do mnie, wymachując swoją różdżką gestykulacyjnie, potem zaś przemówił do reszty uczniów. – Technika waszej koleżanki jest bezbłędna. Jeśli macie jakieś wątpliwości, zapytajcie ją o pomoc. Na następnej lekcji poćwiczymy Insendio. Koniec zajęć.
Gwara nastolatków zwinęła pędem swoje rzeczy i opuściła salę. Zanim ja wyszłam z klasy, ponownie zostałam zagadana przez pana Filius'a.
- Panno Reeve... - Odwróciłam się z pytającym spojrzeniem w stronę jego zasypanej księgami ławy. - Chciałem tylko zaproponować zajęcia dodatkowe z zaklęć i uroków.
- Dziękuję panu za propozycję. Chętnie bym skorzystała, ale niestety kolidują z lekcjami u pana Snape'a.
- Hmm. – Złapał się za podbródek i pogrążył w myślach. Szybko jednak wpadł na pewien pomysł. – W takim razie co powiesz na zajęcia indywidualne?
- Naprawdę? – Ze zdziwienia rozszerzyłam ślepia. – Nie musi się pan dla mnie tak poświęcać.
- Masz w sobie potencjał. A potencjał trzeba dobrze wykorzystać – wyjaśnił po tym jak zeskoczył z ławki na ziemię. Musiałam schylić głowę, żeby podtrzymać kontakt wzrokowy. – Przychodź do mnie rano, przed wszystkimi zajęciami.
- Dziękuję – wydukałam i z lekkim uśmiechem skierowałam się do wyjścia. – Do widzenia!
~*~
Na przerwie obiadowej zasiadłam na dziedzińcu transmutacyjnym. Usadowiłam się na wybrukowanej podmurówce, rozłożonej wokół sfery armilarnej. Przyrząd astronomiczny idealnie komponował się na tle archaicznych perystaz. Choć pozostawały wiekowe, to dzielnie opierały się wpływom natury, będąc przez długi czas częścią całego zamku.
Na zewnątrz przebywało niewiele osób. Tak jak ja wykorzystywały uroki ciepłego popołudnia, napawając się padającymi zza kłębiastych chmur promieniami słonecznymi. Głośny szum liści zagłuszał ćwierkające ptaki i poniekąd śmiechy niektórych uczniów.
Swoją uwagę przeniosłam na książkę równie przestarzałą co szkolne mury Hogwartu. Podręcznik o runach okazał się być bardziej ciekawszy od przyglądania się innym raz co raz bez jakiegokolwiek sensu.
- Kujonka. – Doszedł do mnie nagle męski, zachrypnięty głos. Nie musiałam podnosić wzroku, żeby dowiedzieć się do kogo należał.
- Zack, przestań się skradać – wymamrotałam. Po moich słowach chłopak zajął miejsce tuż obok mnie.
- Jak możesz w wolnej chwili czytać takie... - Przybliżył się do trzymanej przeze mnie księgi i zmrużył oczy. -... bzdety. Nie rozumiem cię.
- Jutro mam test. Muszę na nim dobrze wypaść.
- Nie musisz. Masz chyba najlepsze oceny w szkole.
- Ups. Wychodzi na to, że jestem ambitna – wydukałam, przybierając po części sarkastyczny ton. – Poza tym nie mam najlepszych ocen w szkole.
- No tak – przytaknął, wreszcie odciągając ode mnie spojrzenie. – Bo Xavery ma najlepsze.
Westchnął przeciągle.
- Ale jesteś druga.
- Dobre i to – mruknęłam.
Po krótkiej chwili błogiej ciszy, dobiegł nas odgłos dziewczęcych pisków. Dwie Gryfonki, będące prawdopodobnym źródłem nieokiełznanych dźwięków, ślęczały po przeciwnej od nas stronie dziedzińca.
- O wilku mowa – dodał szatyn.
Zza kamiennych wieńców wyszedł powód całego zajścia. Chłopak odziany w czarny, długi płaszcz, który kontrastował z jego blond włosami, przechadzał się umiarkowanym tempem z pewnym siebie wyrazem twarzy i umalowanym, szerokim, choć nieszczerym uśmieszkiem. Witał się ze swoimi zagorzałymi wielbicielkami, raz to puszczając oczko, raz pstrykając palcami, a jeszcze inne osoby zasypując typowymi gadkami na podryw. Za nim dostrzegłam innego osobnika, również płci przeciwnej. Różnił się od swojego towarzysza. Jego ciemne włosy opadały mu subtelnie na czoło, podkreślając jasne jak niebo źrenice.
- Ruszaj się Xav - zawołał pierwszy z nich do drugiego.
- Nie pogania się prefektów - wydukał chłopak, nie pozbywając się zdobiącego twarz, serdecznego uśmiechu.
Obaj żwawo przeszli wzdłuż dziedzińca, pozostawiając za sobą hordę dziewczęcych westchnień i rozmarzonych spojrzeń. Wszystkie rozeszły się jak gdyby nigdy nic nie miało miejsca.
- Rok szkolny jak zwykle ciekawie się zapowiada - stwierdził ironicznie Zack.
- W tym będziesz musiał się przyłożyć. Pod koniec czekają nas SUMy.
- Ta, nie musisz mi przypominać. - Szturchnął mnie przychylnie w ramię, na co odpowiedziałam tym samym gestem. Oboje parsknęliśmy śmiechem.
- Zaraz koniec przerwy obiadowej - wyjaśnił szatyn, przyglądając się swojemu zegarkowi, po czym wstał i otrzepał z tyłu spodnie. - Następna lekcja jest z szatanem. Chodź.
Na jego polecenie również wstałam i machinalnym ruchem ręki wyprostowałam pogniecioną spódnicę. Książkę z runami zabrałam pod pachę i ruszyłam z Zackiem w stronę klasy od eliksirów.
~ * ~
- Przyznaj, że lecisz na niego - szepnął szatyn, przyglądając się odwróconemu do nas plecami nauczycielowi.
- Na Snape'a? - prychnęłam. - Nie wydurniaj się.
- Nie na Snape'a. Na Xaverego.
- Czemu miałabym... - Odwróciłam się w jego stronę, odrywając od dotychczasowego zajęcia, ale w tej samej chwili naraziłam się na przeszywający wzrok tutora. Odsunęłam się od przyjaciela i znów pogrążyłam w nauce. - Czemu miałabym na niego lecieć? - tym razem ściszyłam ton swojego głosu.
- Bo jest mądry, seksowny, wysoki, mraśny i w twoim typie - stwierdził, wyliczając na palcach wszystkie przymiotniki.
- Mraśny - powtórzyłam. - Tylko ty byś tak powiedział.
- Sam bym go poderwał. Niestety jest zajęty.
- Zajęty? Przez kogo? - znów oderwałam się od miejsca w jego stronę.
- Przez ciebie. - Uśmiechnął się zadziornie.
Prychnęłam.
- Czy jest coś, z czym panna Reeve i pan Shelton chcieliby się podzielić? - Kruczowłosy mężczyzna przystanął tuż obok naszego stolika i zmierzył nasze zakłopotane wyrazy twarzy.
- Nie, proszę pana - odpowiedzieliśmy chórem.
- Zatem liczę na efektowne wyniki waszej pracy - powiedział surowo, po czym odszedł w głąb pomieszczenia.
Westchnęłam po raz kolejny dzisiejszego dnia i wróciłam do zagłębiania się w tajniki przerabianego na dzisiejszej lekcji eliksiru.
~ * ~
Po ostatnich zajęciach udałam się do osadzonej na pierwszym piętrze szkolnej biblioteki. Ze sobą przytachałam wypożyczoną wcześniej księgę run. Przekazałam ją czyhającej za ladą bibliotekarce, która tylko zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów i wróciła szybko do swojej jakże wciągającej lektury.
Przechadzałam się wśród zawalonych książkami półek, w poszukiwaniu konkretnego podręcznika. Niestety nie mogłam go znaleźć, toteż zrezygnowana skierowałam się do wyjścia. Po drodze jednak, przez przypadek wpadłam na jednego z uczniów. Odbiłam się od torsu wyższego ode mnie nastolatka i upadłam do tyłu, obijając sobie pośladki.
- Możesz uważać jak chodzisz? - warknęłam z zamkniętymi oczami.
- Wybacz.
W tej chwili skapnęłam się, że skądś znałam podobną barwę głosu. Nie mogłam tylko przypomnieć sobie skąd.
Otworzyłam oczy w nadziei, że tym kimś nie okaże się jakiś Ślizgon. Z nimi trudno wybrnąć z jakiejkolwiek sytuacji. Zobaczyłam jednak człowieka, którego spodziewałam się w tej chwili najmniej.
- Xavery...
Brunet przysunął się do mnie i wyciągnął swoją dłoń, w geście ofiarowania pomocy. Z wahaniem przyjęłam jego akt dobrodziejstwa. Za jednym, szybkim zamachem pomógł mi wstać.
- Następnym razem uważaj, Ario. Z kimś innym nie byłoby tak prosto. - Mówiąc to, obdarował mnie najbardziej urokliwym uśmiechem jaki kiedykolwiek widziałam w swoim życiu. A jako, że jestem nieśmiałą prostaczką, musiałam zaślepić się w jeden, konkretny punkt. Założę się, że w tej chwili wyglądałam jak typowa blondynka.
- Ja... - wymamrotałam. - Ja przepraszam.
Chwila.
Coś jest nie tak.
- W porządku. - Ta sama dłoń, która jeszcze moment temu trzymała moją, powędrowała na czubek moich jasnych, niczym kwiat przebiśniegu, włosów. Poczułam jak policzki raptem wypalały mi rumieńce, a nogi uginały się pode mną samoistnie. Serce wyrywało się coraz bardziej, rozpalając cały mój organizm.
Chłopak odszedł jak tylko stwierdził, że ze mną wszystko w porządku.
Nie odwracając się już za siebie, pomaszerowałam prosto do wyjścia. Z niepewnością wypisaną na twarzy, przeanalizowałam całą sytuację ponownie w swojej głowie.
Coś tu nie gra. Definitywnie.
Xavery nie jest zwykłym człowiekiem.
~ * ~
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz