wtorek, 17 lipca 2018

Rozdział 7


| Aria |


     Po kolejnej wizycie w skrzydle, poprzysięgłam sobie, że więcej nie postawię stopy w tamtym miejscu. Zażywanie mdłych w smaku lekarstw jest najgorszym co mnie dotąd spotkało. Musiałam w dodatku wybłagać panią Pomfrey, aby ta bez zbędnych podejrzeń wypisała mnie szybciej. Nie było to prostym zadaniem, ale udało mi się ją przekonać, gdy wspomniałam o nieodrobionym zadaniu z eliksirów. Tak jak ja i każdy inny człowiek rozumny, nie chciała mieć na pieńku ze Snapem.

     Umiarkowanym tempem podążałam wzdłuż korytarza prowadzącego do dormitorium. Po drodze napotkałam przeszywające spojrzenia ciekawskich Krukonów. W jednym z rogów pokoju dostrzegłam również Xaverego. Na szczęście nie zwrócił na mnie uwagi, zbyt zajęty pogaduszkami ze swoją ekipą.
     Z tkwiącą w gardle gulą, przeszłam dyskretnie przez pokój wspólny. Przystanęłam przed dębowymi drzwiami z głową pełną kłębiących się myśli. Zapukałam po chwili, oczekując konkretnego osobnika. Niestety, ale nikt nie raczył się pofatygować i otworzyć. Sama nie byłam w stanie włamać się do chłopięcej sypialni, dlatego musiałam zaczekać.

- Aria? – Usłyszałam za plecami głos, którego w owym momencie potrzebowałam najbardziej. Odwróciłam się na zawołanie, skupiając zamglone oczy w jednym, konkretnym punkcie. Szybko jednak  zdecydowałam się wykonać inną czynność. Zbliżyłam się, aby móc położyć głowę na piersi szatyna i opleść ręce wokół jego torsu. On, choć zdezorientowany, odwzajemnił uścisk. Trwaliśmy tak w dłuższej chwili, nie śpiesząc się pomimo dużego ruchu panującego wokół nas.  – W porządku? – mruknął pod nosem.

     Odsunęłam się z zamiarem wyjaśnienia swojego dziwacznego zachowania. Z powodu wszystkich gromadzących się w środku emocji, słowa tak jakby ulotniły się na dobre z mojej głowy, pozostawiając po sobie tylko niewyraźne wspomnienia. Ich urywek, niewielki skrawek tego co było i co już nie powróci.
Westchnęłam.

- Rozumiem cię doskonale – dodał, gdy spostrzegł wypisane na mej twarzy zmieszanie . – Mi też nie smakowała wczorajsza zupa. Pół dnia przesiedziałem w łazience.

     Pomimo negatywnych odczuć i myśli jakie towarzyszyły mi od najbliższych kilku godzin, uśmiechnęłam się. Zack miał to do siebie, że potrafił każdemu pomóc w trudnych chwilach. Nie zadawał niepotrzebnych pytań, nie pocieszał wmawiając, że „wszystko będzie dobrze”. Wystarczyło tylko, aby przekierował temat rozmowy na coś innego. Coś co w danej chwili odciągnęłoby całą uwagę ku najzwyklejszej błahostce. Byłam mu za to wdzięczna.

     Udało mi się dotrzeć do siebie, gdy razem w ciszy zasiedliśmy się na jego łóżku. W gruncie rzeczy nie powinnam przebywać w innym pokoju niż mój własny, ale nauczyciele przymykali na to oko. Zdążyli się już do nas przyzwyczaić. Do nas i naszych wybryków.

- Nie wiem co się dzieje. Ja też tego nie rozumiem – powiedziałam obserwując chłopaka, który krążył od jednego końca pomieszczenia do drugiego, i z powrotem.  Szatyn przegryzł dolną wargę, zmarszczył czoło i zmrużył oczy, aby bardziej pobudzić swoje szare komórki do działania. Z marnym skutkiem, albowiem od razu padł zrezygnowany na pościel. – Wygląda na to, że muszę z nią pogadać. Niczego we dwoje nie wymyślimy – stwierdziłam z trudem.

- A co jeśli… ta Ślizgonka rzuciła na ciebie zły urok?  – Uniósł palec do góry gestykulacyjnie, co oznaczało, że wpadł na dobry pomysł. – Całkiem możliwe, nie zaprzeczysz.
- Zaprzeczę. Po co miałaby to robić? Poznałyśmy się dobre kilka dni temu. Jeśli można to tak nazwać  – zawarciem jakiejkolwiek znajomości.

- No niby tak, ale… Ślizgoni w gruncie rzeczy nie potrzebują powodu, żeby najzwyczajniej w świecie zrobić komuś na złość – wyjaśnił pokrótce Zack, wywracając oczami.
- Prawda – przytaknęłam. – Ale to nie zmienia faktu, że to bez sensu.
Westchnęliśmy przeciągle.

- Pozostaje więc jedno – dodałam, rozprostowując nogi i zeskakując z materaca. Ruchem ręki wyprostowałam wygniecioną spódnicę i spojrzałam raz jeszcze na przyjaciela. – Sami musimy się dowiedzieć.

~ * ~

     
     Idąc z szatynem u boku czułam się pewniej, niż gdy sama przemierzałam obszernych rozmiarów korytarze Hogwartu.
   Z uniesionym podbródkiem i wymalowanym, lekkim uśmieszkiem, skierowałam się w stronę szkolnych lochów.

     Czy wspominałam coś o tym, że to skrzydło szpitalne jest najmniej przyjemnym miejscem do spędzania czasu? Cofam to. Nic tak bardziej nie przeraża jak sala od eliksirów i przedsionek pokoju wspólnego Slytherinu. Te miejsca ciągnące się prawie przez całe podziemie, wzbudzały w uczniach niechęć. Często słyszy się o dręczeniu Gryfonów właśnie tutaj. Terytorium wroga zawsze pozostanie nieubłagalnie nieuchronnym miejscem, zwłaszcza dla tych słabszych.

     Docierając do obranego przez siebie celu, zauważyłam przed sobą panujący harmider. Kolejna bójka toczyła się między murami czarodziejskiej placówki. Nie próbowałam nawet podchodzić bliżej całego zajścia, wolałam z oddali obserwować przebieg zdarzeń. Na szczęście nim doszło do groźniejszych aktów, w akcję wkroczył nauczyciel. Kruczoczarny mężczyzna rozdzielił dwie uczennice jednym, efektownym zaklęciem. Obie, jakby skute lodem przestały wykazywać jakiekolwiek odznaki życia. Severus zgrabnie i z powagą schował swoją różdżkę z powrotem i zaprowadził względny porządek.

- Nie chciałbym być na miejscu tych dwóch – dodał Zack przyglądając się razem ze mną srogiemu przedstawieniu. – Znając Snape’a… w najgorszym wypadku będzie chciał je wywalić.

- Ta… dlatego nie próbuj niczego głupiego. Tak na przyszłość. – Klepnęłam nastolatka po plecach i odeszłam w przeciwnym kierunku. Wielkie sosnowe drzwi stały przede mną otworem, oddając wrażenie obcości i powagi, które tłamsiło każdego możliwego przechodnia. Przełknęłam głośno ślinę, wpajając sobie nieomylnie, że dam radę.

     „Nie taki diabeł straszny jak go malują” – ten kto to wymyślił najwyraźniej nie uczył się w Hogwarcie…

     Gdy porządkowałam myśli, usłyszałam skrzypiący dźwięk, który szybko wypędził mnie z równowagi. Przede mną przystanęła dziewczyna – kruczowłosa, o szarych jak zachmurzone niebo w jesienne popołudnie oczach, o śniado bladej cerze, o wyrazistych rysach twarzy i pełnych, czerwonych ustach. Obie trwałyśmy w ciszy, wymieniając się spojrzeniami i zawartymi w nich emocjami, pytaniami bez odpowiedzi. Czułam się tak, jak nigdy wcześniej. Zamarłam w środku, nie wiedząc jak się wyswobodzić, jak uciec. Jakbym uwiązana przez sidła, zatracała się w głębi mroku i grozy. Zatracona przez los, przez magię.

Uciekaj.

     Po raz kolejny zapulsowała mi głowa. Tym razem zniosłam przeszywający czaszkę ból, trzymając się ramienia stojącego obok przyjaciela i rozmasowując skronie. Choć uginały się pode mną nogi, nie pozwoliłam sobie na kolejną chwilę słabości.

Nie jesteś… bezpieczna… 
Nie możesz… tu być…


     Opanowałam niemiarowy oddech i przyśpieszoną pracę serca. Udało mi się również stanąć na równe nogi i podnieść ponownie wzrok.

- Jesteś… - mruknęła Ślizgonka, lecz nie skończyła zdania przez moje wtrącenie.

- Aria. – Moja stanowczość wprowadziła więcej powagi do sytuacji. – I chyba mamy sobie coś do wyjaśnienia.

     Zdziwiony wyraz dziewczyny prędko zmienił się w niewzruszony. Jakby jej ego ponownie wyszło na zewnątrz, jakby znów przyodziała maskę, nie chcąc pozwolić na choćby chwilową utratę czujności.

- Nie wydaje mi się – dodała ze znudzeniem, po czym odwróciła się na pięcie i poszła w swoją stronę, pozostawiając nas samym sobie.

Nie mogłam na to pozwolić. Nie mogłam…

     Przyśpieszyłam kroku i dogoniłam oddalającą się Ślizgonkę. Otworzyłam usta, aby coś powiedzieć, aby ją zatrzymać. Dotarło do mnie jednak, że na nic zdadzą się moje starania i próby. Zdecydowałam się zatem podjąć inny krok.

     Złapałam ją za dłoń, zmuszając do przystąpienia w miejscu. W chwili, gdy nasze opuszki palców się musnęły, przeszły przeze ze mnie niekontrolowane pokłady energii. Jakby trafił mnie piorun. Tafla chłodnej, morskiej fali. A ja tonęłam, nie mogąc wynurzyć się na powierzchnię.

     Przed oczami pojawił się mi się obcy obraz. Kadr jak z horroru, pełen sprzecznych uczuć, negatywnych emocji. Jakby wypisana cząstka krwawej historii, niechcianych wspomnień. Nieubłagalnej przyszłości.

Wiatr porywał moje jasne, niczym kwiat przebiśniegu, potargane włosy.

Mierzwił je deszcz, od nasady aż po same końce. Ich pasma lgnęły do równie wilgotnej skóry policzków, karku, po części zasłaniając pole mojego widzenia.

Czułam strach. Mimo to nie zbaczałam z drogi, która okazała się zgubna i pełna niebezpieczeństw. Wiedziałam, że jeśli zawrócę, nie będę mogła sobie wybaczyć. Nie będę mogła znów żyć w tej samej, błogiej nieświadomości.

Przez głowę przeszła mi tylko jedna myśl: walcz.

Walcz…

…póki masz o co walczyć.




~ * ~


leniwcxyz